
W świecie zawodowego tenisa to rywalizacje napędzają emocje. Podczas gdy Coco Gauff kontynuuje swój błyskawiczny marsz na szczyt, zdobywając kolejne tytuły i niwelując dystans w rankingu, świat tenisa zamarł w oczekiwaniu na jedno: czy sukcesy Amerykanki depczą po piętach liderce rankingu?
Podczas ostatniej konferencji prasowej jeden z dziennikarzy odważył się zadać pytanie, które od dawna wisiało w powietrzu: „Czy wygrane Coco Gauff cię irytują?”
Odpowiedź prawdziwej mistrzyni Zamiast typowej dyplomatycznej wymówki lub defensywnej riposty, Iga Świątek odpowiedziała z tą samą chłodną, analityczną pewnością siebie, która stała się jej znakiem rozpoznawczym. Nie mrugnęła nawet okiem.
„Szczerze? Cieszę się jej szczęściem” – odpowiedziała Iga z lekkim wzruszeniem ramion i szczerym uśmiechem. „Ale ja skupiam się na własnej ścieżce. Jeśli zacznę patrzeć na to, co robią wszyscy inni, stracę z oczu własną grę. Coco to świetna zawodniczka, ale to ja sama dla siebie jestem największą konkurencją”.
Dlaczego to ma znaczenie? To była idealna odpowiedź. Uznając talent Gauff, a jednocześnie nie pozwalając, by wpłynęło to na jej stan psychiczny, Iga przypomniała wszystkim, dlaczego to ona zajmuje pierwsze miejsce na świecie. To nie była tylko odpowiedź – to był pokaz mistrzowskiej psychologii sportu.
Podczas gdy media uwielbiają kreować obraz zaciekłej zazdrości między topowymi sportowcami, Iga i Coco udowadniają, że można być wielkimi rywalkami na korcie, zachowując przy tym pełen szacunek poza nim. Świątek nie zerka w lusterko wsteczne – patrzy prosto przed siebie, na kolejny puchar.



